Ekstremalna podróż po niebie

29 SIERPNIA 2016, PRZYGODA, 481
 
     

Są dni, które zapamiętamy do końca życia. Są doświadczenia, których wspomnienia wzruszają i zadziwiają. Opowiem dzisiaj o jednym z nich.

Lubię czasami usiąść, patrzeć na latające ptaki i zastanawiać się jak to możliwe. Rozmyślam nad ich techniką latania i sterowania trajektorią. Jest to niesamowita umiejętność. Pewnie wielu osobom marzy się pokonywanie przestworzy jak ptak.

Miałem przyjemność doznać tych uczuć.

Razem ze znajomymi pojechaliśmy na pomorze przeżyć przygodę życia. Wynajęliśmy mieszkanie w Sopocie niedaleko Almy przy sławetnym Monte Casino. Mimo, że kamienica nie zachęcała do wejścia, to lokum okazało się perfekcyjne. Tanio dostaliśmy ogromne mieszkanie na wysokim poddaszu, a w nim dwie łazienki, 4 sypialnie, salon wielkości połowy mieszkania i wielki taras. Jedynie co mogło zakłócić wycieczkę na Półwysep Helski to prognoza pogody na kolejny dzień. Miało padać.

Nie zapowiadało to spełnienia marzeń. Pogoda potrafi być bezlitosna. Po przyjeździe na lotnisko okazało się, że jest już spora grupa oczekujących na przejaśnienia. Tego ranka, w Jastarni, nie wystartował żaden samolot. Nie pozostało nam nic innego jak pójść na miasto zjeść śniadanie i czekać na słoneczne popołudnie. I powiem szczerze, że wcale nie miałem wielkiego apetytu. Świadomość, że to jedyny dzień, który dawał możliwość przecięcia nieba w trakcie tego urlopu, powodowała lekkie poddenerwowanie.

Jakby gęste zachmurzenie nie wystarczyło, to wracając z miasta złapał nas deszcz. Mała ulewa, oberwanie chmury. Ale nikt chyba nie chciał się poddawać. Czekalibyśmy do wieczora, do momentu aż stróż lotniska by nas przegonił. Takie okazje nie zdarzają się często i nikt nie odpuszczał. I dobrze, bo słońce zaczęło wychodzić zza chmur. Po wielu godzinach oczekiwania zaczęła się pośpieszna organizacja lotów, podpisywanie niezbędnych papierów i szykowanie do skoku. Od tej pory wszystko toczyło się szybko. Przynajmniej dla mnie, bo samolot mógł zabrać tylko 3 skaczące osoby. Każdy ochotnik ma swojego pilota tandemu oraz kamerzystę, jeśli wykupi taką opcję, który skacze osobno. Ze względów bezpieczeństwa nie dopuszcza się przyczepiania kamer czy co lepsze trzymania selfysticków.

Plan był prosty. Ubieramy się w uprzęż, wsiadamy do samolotu, pilot przypina się do naszych pleców czterema mocowaniami, skaczemy, lecimy i otwieramy spadochron. A przynajmniej próbujemy. I w zasadzie tak można zapamiętać to co działo się w samolocie. Im dłużej w nim siedziałem tym stres był mniejszy a radość i zabawa większa. Sport ekstremalny jest bardzo niebezpieczny. Dreszczyku emocji dodaje fakt, że dwa dni wcześniej, na tym samym lotnisku zginął skoczek. Główny spadochron się nie otworzył a w zapasowym poplątały się linki. Dowiedzieliśmy się o tym następnego dnia. Zbieg okoliczności podkreśla wagę tego wydarzenia. Nam się udało.

Hel z samolotu jest przepiękny. Widoki zapierające dech. Gdyby ktoś się zastanawiał gdzie skakać, to tylko tam, w Jastarni nad Helem! Emocje są ogromne, przeżycie niezapomniane. Moment siedzenia na krawędzi samolotu zapadnie na długie lata w pamięci. Pierwsze sekundy lotu to niesamowite przeciążenie, wrażenie nieważkości i przełamania jakiejś granicy. Sam swobodny spadek to moment, choć trwa przeszło 50 sekund. Czujesz się jak ptak, wolny, bez trosk.
Ziemia się zbliża.
Podziwiasz to.
Następuje reset umysłu.
Wszystko nabiera perspektywy.
Wyjątkowe chwile życia.
Dzięki, że przeczytałeś. Piona!
Rololand

PS ten artykuł jest wart polecenia innym: